poniedziałek, 6 maja 2013

Wyłowiony ze stawu

Wszystko wydarzyło się wczoraj, było późno, bo koło godziny 22:30. Babcia przybiegła po mojego tatę, powiedziała że gdzieś piszczy jakiś pies, to nie było normalne piszczenie czy szczekanie, ale psie wołanie o pomoc. Wyszliśmy więc pędem - Ja, tata i babcia, zobaczyć o co chodzi. Zanim wyszłam szybko policzyłam czy stan moich psów się zgadza, były wszystkie :) Wzięliśmy latarkę, było bardzo ciemno i nic nie było widać. Piszczenie zaprowadziło nas nad staw, tam zobaczyliśmy topiącego się psa. Szybko go wyciągnęliśmy, był cały mokry i przestraszony. Miał obrożę, więc może i właściciela. Taki jamnikowaty, mały piesek, wyglądał na bardzo starego i schorowanego. Tata i babcia stwierdzili że wszystko jest w porządku i mamy go tam zostawić, w krzakach przy stawie... Takiego mokrego, zmęczonego, biednego pieska. O tym żeby wziąć go do domu nie było w ogóle mowy, no więc nie miałam za dużego wyboru. Wzięłam tylko dla niego koc, wodę i karmę, poszłam tam już sama. Było okropnie, można powiedzieć że boję się ciemności... staw jest na moim podwórku, które jest bardzo duże, a staw jest dość oddalony, aż za bramą, przy polach. Te wszystkie drzewa których dookoła jest pełno wyglądały upiornie, było już późno, te wszystkie odgłosy, tak ciemno, ale myślałam już tylko o psie. Przyszłam, położyłam koło niego wodę i jedzenie, przykryłam kocem i poszłam. Rano pobiegłam od razu nad staw, pies tam był. Cały czas robił to samo, chodził dookoła. Podeszłam trochę, nie zauważył mnie. Potem jeszcze bliżej, spojrzał na mnie, był trochę przestraszony. Nic nie zjadł ani nie wypił, położyłam miski obok niego, powąchał, ale nadal nic nie ruszył. Obserwowałam go trochę, nadal cały czas dookoła stawu, a przecież w ten sposób daleko nie dojdzie... W końcu się położył, ja musiałam iść już do szkoły. Kiedy przyszłam psa nie było, poszedł sobie. Trochę się o niego martwię, nie wiem gdzie jest i czy wrócił do swojego domu. Pies cudem przeżył, ale nie wiem co będzie z nim dalej, być może jeszcze wróci. To tyle z tej historii, postanowiłam że trochę o tym opowiem, choć z Rasko nie ma to nic wspólnego... Ale chodzi o psa, więc może was zainteresuje. Następny post będzie niedługo, ten który planowałam, ze zdjęciami z ogródka.






7 komentarzy:

  1. jej biedactwo.! całe szczęście że go usłyszeliście i ruszyliście mu z pomocą.no cóż czasami nie możemy wziąć psa do domu (decyzja rodziców) ale plus w tym że zatroszczyłaś się o koc,karmę i michę wody.miejmy nadzieje że pies dotarł do swojego domu,wgl. miejmy nadzieje że ten dom ma.

    pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedaczysko,całe szczęście, że go usłyszeliście. Można teraz miec tylko nadzieję, że jego właściciele już go szukają...
    Pozdrawiamy
    Weronika&Aura

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratulacje dla babci (?) za dobry słuch! Podziwiam Was.

    Pozdrawiamy, Laura&Tosia ;).

    www.tossixa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, słuch babci nie zawodzi... :)

      Usuń
  4. To miałaś nie zwykłą przygodę .Dobrze,że się nim zajęłaś :)
    Jest naprawdę piękny <3 Oby znaleźli się właściciele !

    OdpowiedzUsuń
  5. Bidula ;/ Dobrze że się o niego zatroszczyłaś. Ja słyszę wiele takich przypadków że np. przywiązują psa do drzewa, torów, wyrzucaja z samochodu itp. bo piesek sie znudzil albo jadą gdzies na wakacje a psem nie ma sie kto zajac :/. Ja myślę ze ten pies po prostu odszedl zeby umrzec wiele psow tak robi na starosc kiedy przychodzi ich czas np. pies mojej babci. pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Biedy psiak :(. Dobrze, że mu pomogłaś, pewnie gdybyś nie ty to bidula by zdechł. Może jeszcze kiedyś się spotkacie ;)
    Zapraszam na mojego bloga: http://chersi-labradoodle.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń